W chłodny i wietrzny dzień 12 grudnia 1901 roku grupa opatulonych mężczyzn przycupnęła w na pół zrujnowanej, bezpańskiej chacie, stojącej w pobliżu miasta St. John's na Nowej Fundlandii. Przez szpary w drewnianych ścianach wdzierały się podmuchy szalejącej na zewnątrz wichury, a lodowaty deszcz zacinał poprzez dziury w dachu. Ludzie marzli, pokrzepiali się odrobiną kakao oraz butelką whisky i... czekali. Opodal domku, uwiązany na linie, trzepotał na wysokości ponad 120 metrów wielki latawiec dźwigający antenę. Nadeszła wreszcie północ. Mężczyźni ożywili się. Napięcie doszło do szczytu. Mijały jednak długie jak wieki minutyK a w słuchawkach słychać było tylko trzaski wyładowań atmosferycznych. Natężali słuch, lecz sygnału nie było. Wówczas zaczęło ich ogarniać zwątpienie. Może rzeczywiście, jak sądzili niektórzy uczeni, krzywizna Ziemi stanowić będzie zaporę nie do przebycia dla fal radiowych? Może łączność na większe odległości w ogóle nigdy nie będzie możliwa? Pewnie tak, pewnie byli dotychczas nadmiernymi optymistami. W milczeniu patrzyli wszyscy na szefa, młodego smagłego człowieka o ciemnych włosach. Wyglądało na to, że nie upada na duchu. Przecież wielokrotnie twierdził z uporem, że fale radiowe mogą dotrzeć do każdego miejsca na Ziemi. Dotychczas zawsze mu się wszystko udawało. Ale czy teraz również miał rację? Było jasne, że nikt nie wie, jak w rzeczywistości zachowują się fale elektromagnetyczne — czy biegną prostoliniowo, czy podążają za krzywizną Ziemi. Minęło pół godziny. I oto nagle jeden z uczestników podnosi głowę i uśmiecha się. Usłyszał. Oddaje słuchawki szefowi. Jest sygnał. Trzy regularne piski powtarzające się bez końca w równych odstępach czasu — litera „S" alfabetu Morse'a (...), nadawana przez stację w miejscowości Poldhu w Kornwalii, odległej o 3200 kilometrów. Zwycięstwo! Fale radiowe pokonały ocean.